Moje wiersze

Moje wiersze są w dużej mierze odpryskami melancholii, milczą wokół intelektualnego pesymizmu i szepczą w stronę optymizmu woli.


Answer (to the RUMOUR*)

The document says dead, but the phoneme says door.
Open the o in moons until it spills ninety-five ways
across the page. You take the juniper to your jugular—
a floral error in the archive of the flesh.
Is the liberal in your arts a lie or a lateral shift?
We are not dying; we are being edited.

I am the stitch that forgot the itch.
A grammar of garments, a syntax of seams.
Your mother’s hands are plural nouns
gripping the verb of the grave.
I find you in the mirror—not a reflection,
but a refraction of a sentence I haven’t finished yet.

Le langage est une peau que l’on ne peut jamais tout à fait recoudre.

The orange in the kitchen is an arrange-ment of light,
and the ochre is a choke held back by a vowel.
I am not haunted by humans,
but by the hum in their name—
the vibration of a secret that forgot its own skin,
the silent s in the beginning of a scream.

* the RUMOUR:
https://www.threads.com/@abrochinepoetry/post/DWE9elhlztI

Comatorium w noktoramie

Ciepło linieje

Wyjmuję krótkie nitki z twojego dotyku,
ciepło linieje przez skórzane rękawiczki.
Zaraz przyjedzie karetka…

Sanitariuszka pilnie sporządza protokół:
Ciepło umiera – wkładem – na kartce papieru!
Całujesz moje serce uciskami dłoni,

a oni przyglądają się już moim skrzydłom,
tym… które wyrastają na potrzeby filmu.
Całujesz mnie w plecy tak jak nigdy wcześniej.

Ścianą nieba wypadają deszczowe cegły,
elektrowstrząsy uśmiechają się na ciele.
Wydostaję się z siebie, obok staję.

Depersonalizacja, derealizacja… to się powtarza.

Obok staję i widzę: perfekcyjnie rozmazane makijaże
uczucia, alkohol, łzy – rozlane doskonale… miłość, wiara
i nadzieja (na pohybel, nalej!).

Wypijmy za drzewa, z których będą nasze trumny.
(╥﹏╥) NIECH ROSNĄ WYSOKO!

Czerwone od jabłek

Dwie świeczki w kropli wody

Śnieżna kreska i dwie świeczki w kropli wody
antyrama woskiem kapie na podłogę
czyste dłonie umoczone treścią listu

okno blisko szpilki źrenic już się palą
ciemną ścianą pajęczyny zwlókł się pająk
lepkie dłonie są jak dotyk egoisty

dni buchają bujnym dymem papierosów
szklanka pełna a na stole twoje włosy
szklanka pusta świt nawilża oddech jadem

świeczki gasną anemicznym światłem dysząc
tak jak muzyka kończy się ciszą
straciłeś was nie raz wychodziliście z bagien

twoje sumienie jest kiepskim złodziejem
w popiele witraż z zielonych butelek
kotów kurzu słonecznych zajączków

i potłuczonych obietnic

27 II 2007

___

Dwie kartki na stole

We śnie kredka i dwie kartki są na stole
dziurę w czole ktoś mi wierci korkociągiem
czytam wiersze poplamione jakimś tłuszczem

klamka patrzy tępym wzrokiem tak jak dawniej
podprogowe kadry zlane w pokaz slajdów
i krwawiący uśmiech trzymam znów w poduszce

dni z nocami się pierdolą jak w pornosie
osiem kobiet wilczym pędem gna na oślep
wbijam język w niemą przepaść paranoi

zwijam trawę w cienkie rurki do palenia
czemu oczywiste (dla mnie) jest, że Ciebie nie ma?
rozrywam ranę – i tak się nie zagoi

w gruzach brutalistycznego betonu
piękne gesty i te słowa za małe są
na wypłowiałej szmacie nieba chmury

wiszą tam tylko dla mnie.

14 I 2025

Myślę o publiczności, która już coś czuje,
choć nie wie co — ciała zsynchronizowane,
bo z rozkładem jazdy — i o tym, że napięcie
najlepiej działa tuż przed momentem,

który nie nadchodzi. O wydarzeniach,
które (jeszcze) się nie wydarzyły, błyszczą
telefony jak ołtarzyki. Neurotyków.
Kolejna osoba, która czegoś chciała…

Sam od siebie niczego już nie potrzebowałem.
Nie było potrzeby upadać. Żadnych potrzeb.
Latami myliłem chaos z wolnością. Mówiłem
wiosnami: „jestem rzeką”, a byłem raczej

zalanym mieszkaniem. Karmiłem bezsenność
melatoniną, rutyną, Trittico, inaczej
trazodonem, później Ketrelem, czyli
kwetiapiną. MDMA pod MDM-em pochłaniałem

pękniętymi garściami. Scrollowałem własny
rozpad. Oddychając memami i resztkami
dopamin znalezionymi pod językiem. Po co mi
to? (nie?) pomyślałem. Łatwo człowiek

przyzwyczaja się do autodestrukcji. Szybko
zaczyna uważać cierpienie za dizajn,
za wystrój wnętrza i za scenografię. Ponury
anturaż i głębia porażająca jak serial

CODOHUYA©. Zaczynam rozumieć, że improwizacja
była tylko dobrze ukrytym schematem,
a chaos — strategią, którą sprzedać
łatwo. Trudniej ją utrzymać. Więc

zapisuję: godzina po godzinie,
oddech za oddechem, jakby każda minuta
zagnieździła swoją dramaturgiczną funkcję
i przyczynę, jakby życie było projektem

do zrealizowania. I nagle wszystko
prostsze, mniej spektakularne, ale
bardziej moje. Opuszczam kwadrat zanim
zdążę się rozmyślić. Wyczesuję zadry

jak pchły. Czuję jakby ktoś powoli
wymieniał mi krew. Tańczę w dystopiach,
w wielkich katastrofach upatruję tropy,
ale nie romantyzuję własnych ruin.

Nie potrzebuję dna, żeby wiedzieć,
że tonę. Uczę się powtarzalności
i rytmu i że najgłębszą rewolucją
jest wstawanie z godnością łagodzącą

kortyzolowy peak wypłaszczający sny.
Tak, tak, tam w lustrze to niestety
rag-doll, ten sam. W wodzie też wystąpił
nagły Ciebie brak. Mój nowy drag. Dyscyplina.

metanoia

https://www.threads.com/@kamilszkup/post/DNG7sOOz_qs

Mit okrutno-ponury

Osunięcie w…

Byłaś zdziwiona, że nie spuszczam się nad
Miłoszem i Szymborską, że „doznaję”
neurotycznie odtwarzając cyfrowe
hieroglify. Czy wyciąganie szuflad
z trupami, pudrowanie ich banałem
obiegowych zachwytów i blichtr nowej

fali onejromantów to uboczny
efekt mojej trzeźwości? Imitacjami
zysku zasłaniamy dysfunkcje woli
– jawią się jak niepożądany odczyn.
Wyglądamy, zza zaangażowania,
niczym gromada błaznów, której dwoi,

troi i czworzy się coś przed oczami.
Trywialne lamenty, skargi i spazmy
są dla nas jak pamiętnik Laury Palmer.
Epidemia nostalgicznych omamów
utwierdza w absurdzie, wzmaga akrazje
i dłonią demiurga zmiata nas z planszy.

Czy motyli i ciem było więcej, gdy
byliśmy dziećmi? Negocjujemy rytm.
Poeta pamięta; spisane będą
czyny i rozmowy. Rozdrapmy strupy.
Wytrząśnijmy piach z butów w uległość wydm
i popełnijmy dodatkowe błędy.

Trochę bawią mnie ci lingwiści, którzy
w „to make a pass” widzieli podawanie,
a nie cielesność. Rzadko dobierasz się
do panienek noszących okulary.
Skorzy do psot niszczymy wszystkie wróżby;
drogę powrotną znaczmy okruchami.

Czy bardziej nam pasuje „slump”, czy „collapse”
jako przypis do Skowytu? Rozbierasz
się hermetycznie z gorsetu godności.
Znów zaszantażowali czarną owcę.
Zbaraniałem. Nie pytaj mnie dlaczemu
spisałem to jedenastozgłoskowcem.

31 X 2022, Kamil Szkup

Pożegnanie

Budowanie samooceny w oparciu o…
enigmatyczną wydajność prowadzi na dno.
Makiaweliczna infekcja ścięgien moralnych
zachęca do przyjmowania percepcji larwy.
Intelektualna nędza i egzaltacja
nudy popycha palce do gardeł. Na stacjach

wyalienowania kartkujemy Sartre’a.
Odtwarzając mdłości śnimy o argonautach,
powtarzalnie unikamy a- i empatii.
Nie pomoże nam kunszt, ani lege artis,
bo kult ignorancji podtrzymuje barierę.
Cierpliwość zazwyczaj kończy się cliffhangerem.

Proaktywność symulowaną przed ponurym
trybunałem rozwoju i motywacyjne bzdury
dostrzegamy, jak przez mgłę, w krzywiznach zwierciadeł.
Będąc kozłem ofiarnym podążam za śladem,
w malignie. Zawieszam niewiarę i sumienie.
Czy wiesz jak zabić dwie harpie jednym kamieniem?

19 I 2023

Przeobrażenie zupełne

Rzeka cieni

Szorstka kora chroni
delikatne niegdyś dłonie.
Dotykają się w afekcie!

Ciasne kropki pustych źrenic
otaczane rzeką cieni.
Zatrzaśnięte dziś przeze mnie.

Zabierz rękę z moich powiek,
Twoje palce pachną nożem,
ja i tak Ci nie otworzę.

Zabierz rękę z mojej skroni,
pragnę uciec, Ty mnie gonisz…
mój krwiobieg nie ma mety.

Safeword / pinkeye fountain

Trupy z kryształem

Wpycham dłonie do gardła, pachną linczem i blichtrem.
W ustach toną przeguby. Neurotyczny masz make-up…
Opuszkami denata resztki szminki Ci wytrę,
zliżę cień razem z pudrem i wyszeptam przy rzęsach:

Pszczoły się usmażyły, otul żądła językiem…
(Dzikie maki na polach wyglądają jak krew…)
Milczysz teraz tak cicho jak mąż wdowy na stypie,
opór tracisz w nierytmie wynerwionym we śnie.

Smutek miewam niebieski niczym zieleń myśliwska.
Ocipieję z zachwytu, otulony w półmrok.
Człekolistne omamy, w zapętleniu jak świstak…
Kawa z prądem i karton, plamy sjen oraz ochr.

My tu żarty żartami, ale walę do zrywki.
Taki ze mnie gentelman, par force et faux pas.
Szukam przygód ambitnie przelotnych i szybkich.
Czemu oczywiste dla mnie jest, że ciebie nie ma?

Z wiadra palę tę zieleń — od razu zieleniej!
Rozluźnienie rozluźnię, później może też szarpnę.
Byłem już gepardzicą, byłem nawet jeleniem,
słałem perły przed wieprze, przed harpie.

Timelapse świtów i zmierzchów, melancholia w zenicie,
kolaps światów z zaświatów — kolaż? Łańcuch piorunów!
Pytasz mnie „co dobrego?”, wziąć w garść radzisz mi się,
a rozżalone żaluzje żują słońce między szczeblami rozumu.

Poszukując powodów szperasz w stertach drobnostek…
Słodko-gorzkie frustracje są zmierzwione jak sierść
i powodują, że mam dość już tych wszystkich przenośni,
które — niczemu nie służąc — zanudzają na śmierć.

Nie chcę zabrzmieć cmentarnie, bo nic z tego nie będzie.
Anulujmy uboczne efekty Twojej trzeźwości i chodźmy
się nie bać o przyszłość i jebać w rozpędzie,
aż zatwostepią latarnie w narkotycznym slow-motion.

Będę się tarzał chichocząc, aż mi głowa odpadnie
i artywizm lunie jak deszcz martwych ptaków.
Zbyt pretensjonalnie? No może, ale śmiesznie przynajmniej.
Porywistą grę przedwstępną zaczniemy na trzepaku.

Woda z lodu stopiona po brodawkach sterczących
spływa wolno, błyszczy trochę niemrawo, jak kosmos.
Mam alergię na dotyk, gdy mnie miziasz niechcący,
wzdrygam się ustawicznie i zasłaniam kołdrą.

W Twoich spazmach po Molly wyczuwam przesadnie
przerysowane ekspresje z paryskich salonów.
Księżniczka w innym zamku, Contra i Tomb Raider
— to było dawniej, dziś wybieramy ścieżki mefedronu.

Mamy zerwać z motłochem? Wywołajmy wsteczną niepamięć.
Przed oczami zawieszone jak na ścianie — obrazy…
i omamy, a zamiast po francusku się ślizgać językami
zliżmy rozmoknięte zegary, twarde pogryźmy jak Muzzy.

Zsuńmy razem po piętrach, zróbmy znów wspólną kąpiel
— niech to się zdarzy, by się już nie zdarzyć…
Z pocałunków na łonie będziesz mieć kwietną łąkę
i skarpetki z łaskotek, tatuaże witraży.

Zasiejemy panikę przygodną, spontaniczną jak seks,
zamigocą ekrany — coś dla dopaminy niech wyświetli się nam
doraźnie. Kiedy piszę to słyszę i siebie, i tekst.
Thom Yorke znów śpiewa „Take the money and run!”

Na przyciasnym balkonie, kiedyś wcześnie nad ranem,
kiedy będzie znów widno, półprzytomnie i przykro,
schlany diler w szale nasze trupy z kryształem
zetrze kartą na tacy i zaserwuje przed soloną ikrą.

— KS
skończyłem pisać ten wiersz 23 listopada 2023

W pauzie między oddechami

Napisałaś „Urzeknij słowem, ciała
skinieniem, Autoekspresją, siebie
wyrażeniem. Autentycznością, rymem
i rytmem. Ekscentrycznością. Bądź

mym algorytmem.”, a ja że w pauzie
między oddechami, tam, gdzie
proza siwieje i staje się trenem,
jestem tym cieniem, co kładzie

się pod powiekami, gdy mierzę
autentyczność nie słowem, a drżeniem.
Urzekam? Nie. Ja tylko kradnę Twoje
światło, iskrę, co w przebłyskach

szuka ujścia z klatki z zapałkami.
Ciała skinienie? Będę rytmem takim,
co się potknie, byś w arytmii słyszała
kanciastą naturę. W każdej kropce widzę

głodną dziurę. Jeśli mam być algorytmem,
to w ponurej autoekspresji zacznę [toSięwytnie][to_Się^wytnie]
halucynować i niech nas osądzi kolektywny
trybunał rozwoju, gdy z brzegu klawiatury

dopłynę do Ciebie.

2 IV 2026

Wieczność gwiazd

Zahibernowane myśli

Zmierzch powiek

Gdzie słowa i wyrazy mogą coś ważyć.