Mam na blogu kategorię „publicystyka” i wpada do niej wszystko: recenzja płyty, wspomnienie o grze, półeseje i ćwierćlamenty rozbite na akapity. Kategoria ta działa jak szuflada na rzeczy, które nie pasowały do żadnej innej kategorii. Zacząłem podejrzewać, że samo słowo „publicystyka” pełni w kulturze dokładnie tę funkcję: jest pojemnikiem na resztę.
Rdzeń i pochodzenie
Publicus to wedle większości słowników pochodna starołacińskiego słowa poplicus / poplus, co oznacza „lud”. Czasownik publicare miał jednak w łacinie dwa znaczenia: „ogłosić” i „skonfiskować na rzecz skarbu”. Publicare bona to dosłownie „skonfiskować dobra”. Upublicznianie mogło więc określać zarówno obwieszczanie i zabieranie; informowanie i ograbianie.
- Rdzeń łaciński: wywodzi się z łacińskiego wyrażenia jus publicum („prawo publiczne”) albo z publicus („dotyczący ludu lub państwa”), które sięga do populus („lud”).
- Przyrostek: -iste (z łac. -ista i gr. -istēs) to przyrostek tworzący nazwy wykonawców czynności, czyli osoby, która zajmuje się daną dziedziną lub się w niej specjalizuje.
Ewolucja znaczenia
We francuskim z XVIII wieku publiciste nie był jeszcze piszącym o bieżących sprawach, tylko znawcą publicznego prawa, czymś pomiędzy jurystą a kancelistą. Później słowo poszło do redakcji.

Angielski wyraz „publicist” oznacza dziś raczej rzecznika prasowego, a nie komentatora. Pochodzi od francuskiego publiciste. Wszedł do angielszczyzny pod koniec XVIII wieku.
do 1792
znaczenie pierwotne
osoba biegła w prawie publicznym (np. uczony zajmujący się międzynarodowym prawem)
od ~1795 do ~1920
zmiana znaczenia we francuszczyźnie i angielszczyźnie
autor piszący o bieżących sprawach (np. komentatorka polityczna)
od lat 20. XX wieku do lat 20. XXI wieku
znaczenie współczesne, do lat 20. XXI wieku
publicyści coraz częściej stają się prasowymi lobbystami lub agentami ds. rozgłosu
człowiek najęty do zarządzania medialnym wizerunkiem i relacjami z różnie rozumianą publicznością (np. specjalista ds. public relations jakiejś marki lub przedsięwzięcia)
Publicystyka przetapia się w procesie konwergencji. Ni pies, ni wydra… coś na kształt świdra.
Gatunek apofatyczny
Podręczniki i słowniki definiują publicystykę zaprzeczeniami. Nie jest suchą informacją, nie jest literaturą piękną, nie jest nauką. Mieści w sobie felieton, esej, reportaż, komentarz, polemikę, a czasem nawet recenzję. Spróbuj wyobrazić sobie poprzednie dwa zdania wypowiedziane tonem urzędnika, który pokazuje ci pomieszczenie mówiąc: „tutaj mamy rzeczy, które nie mają przydzielonego pomieszczenia”.
Wiemy, czym publicystyka nie jest i wyobrażamy sobie, czym może być. Mitologie Barthes’a, kamień węgielny kulturoznawstwa, zaczynały życie jako comiesięczne felietony.1 Mark Fisher uprawiał swoje najostrzejsze myślenie na blogu, zanim zdążyło zamienić się w książkę. Publicystyka, która przetrwa, może zmienić się w teorię.2
Gatunek terminu ważności
Publicystyka ma zwykle wdrukowaną datę przydatności, i to jest jej najbardziej uczciwa cecha. Pisze się ją w „teraz”, dla „teraz”, z poczuciem, że za tydzień nikt nie będzie pamiętał, o co poszło. Tekst, który kiedyś był argumentem w żywej awanturze lub debacie, dziś bywa eksponatem. Mam na blogu eseje sprzed lat i czytam je trochę jak listy od kogoś, kto uparcie twierdzi, że jest mną.
Konfiskata za zgodą użytkownika
Wróćmy do podwójnego dna (łacińskiego). Publicystyka żyła na granicy prywatnego i publicznego: brała jakieś przeczucie, jakiś prywatny dyskomfort, i wyprowadzała go na „rynek”, żeby sprawdzić, czy to tylko osobnicza przypadłość, czy już zjawisko. Ta granica była paliwem publicystyki.
Byung-Chul Han opisuje społeczeństwo przejrzystości, w którym wszystko ma być widoczne, bo to, co niewidoczne, budzi podejrzenia.3 Społeczeństwo przejrzystości na naszych oczach staje się społeczeństwem wypalenia i społeczeństwem zmęczenia. Guy Debord mówił o spektaklu, który pożera relacje społeczne i oddaje je w postaci obrazów.4 Jeśli któraś z tych diagnoz jest choć w połowie trafna, to publicystyka znalazła się w dziwnej sytuacji. Skoro każdy dzień wystawiamy dobrowolnie na pastwę ekspozycji, w ramach regulaminu (patrz punkt 14, drobnym drukiem), to czego ona jeszcze ma bronić i przed kim?
Konfiskata prywatności dokonała się w cieniu milczącej większości, po masowym kliknięciu w „akceptuję”. Współcześni troglodyci żywią się tekstem tworzonym pod algorytm, a algorytm, jak wiadomo, nie czyta. Na miejscu publicystyki wyrósł jej bezosobowy bliźniak: content. Treść, która do nikogo nie zwraca się po imieniu. Publicysta zwykle miał adresata, nawet jeśli tylko po to, żeby się z nim pokłócić. Content ma „grupę docelową”, czyli coś, w co da się trafić.
Przeciąg
Co więc zostaje? Proponuję roboczą definicję: publicystyka to wystawianie myśli na przeciąg. Przeciąg to to, co zachodzi, kiedy otwierasz drzwi i okna. Coś przepływa, coś trzaska, ktoś kicha. Myśl, która nie zniesie przeciągu, powinna zostać w szufladzie jako notatka. Myśl, która go zniesie, zamienia się w tekst. A ta, która z przeciągu wychodzi cała i jeszcze ktoś ją po latach przypomni, ma szansę być literaturą. Jeśli publicystyka ma przyszłość, leży ona w odwadze otwierania drzwi, nawet gdy w domu panuje klimatyzacja lajków i wszyscy preferują gwarantowane 21 stopni.
- Roland Barthes, Mitologie, przeł. A. Dziadek, Aletheia, Warszawa 2000 (1957). ↩︎
- Zdanie z gatunku tych, które brzmią jak aforyzm, dopóki ktoś nie zapyta o źródło. Źródłem jestem ja. ↩︎
- Byung-Chul Han, Społeczeństwo zmęczenia i inne eseje, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2022. ↩︎
- Guy Debord, Społeczeństwo spektaklu oraz rozważania o społeczeństwie spektaklu (La Société du spectacle + Commentaires sur la société du spectacle), przeł. Mateusz Kwaterko, Warszawa 2006 (1967 + 1988). ↩︎

