Publicystyka jako przeciąg

Mam na blogu kategorię „publicystyka” i wpada do niej wszystko: recenzja płyty, wspomnienie o grze, półeseje i ćwierćlamenty rozbite na akapity. Kategoria ta działa jak szuflada na rzeczy, które nie pasowały do żadnej innej kategorii. Zacząłem podejrzewać, że samo słowo „publicystyka” pełni w kulturze dokładnie tę funkcję: jest pojemnikiem na resztę.

Rdzeń i pochodzenie

Publicus to wedle większości słowników pochodna starołacińskiego słowa poplicus / poplus, co oznacza „lud”. Czasownik publicare miał jednak w łacinie dwa znaczenia: „ogłosić” i „skonfiskować na rzecz skarbu”. Publicare bona to dosłownie „skonfiskować dobra”. Upublicznianie mogło więc określać zarówno obwieszczanie i zabieranie; informowanie i ograbianie.

  • Rdzeń łaciński: wywodzi się z łacińskiego wyrażenia jus publicum („prawo publiczne”) albo z publicus („dotyczący ludu lub państwa”), które sięga do populus („lud”).
  • Przyrostek: -iste (z łac. -ista i gr. -istēs) to przyrostek tworzący nazwy wykonawców czynności, czyli osoby, która zajmuje się daną dziedziną lub się w niej specjalizuje.

Ewolucja znaczenia

We francuskim z XVIII wieku publiciste nie był jeszcze piszącym o bieżących sprawach, tylko znawcą publicznego prawa, czymś pomiędzy jurystą a kancelistą. Później słowo poszło do redakcji.

Angielski wyraz „publicist” oznacza dziś raczej rzecznika prasowego, a nie komentatora. Pochodzi od francuskiego publiciste. Wszedł do angielszczyzny pod koniec XVIII wieku.


Publicystyka przetapia się w procesie konwergencji. Ni pies, ni wydra… coś na kształt świdra.

Gatunek apofatyczny

Podręczniki i słowniki definiują publicystykę zaprzeczeniami. Nie jest suchą informacją, nie jest literaturą piękną, nie jest nauką. Mieści w sobie felieton, esej, reportaż, komentarz, polemikę, a czasem nawet recenzję. Spróbuj wyobrazić sobie poprzednie dwa zdania wypowiedziane tonem urzędnika, który pokazuje ci pomieszczenie mówiąc: „tutaj mamy rzeczy, które nie mają przydzielonego pomieszczenia”.

Wiemy, czym publicystyka nie jest i wyobrażamy sobie, czym może być. Mitologie Barthes’a, kamień węgielny kulturoznawstwa, zaczynały życie jako comiesięczne felietony.1 Mark Fisher uprawiał swoje najostrzejsze myślenie na blogu, zanim zdążyło zamienić się w książkę. Publicystyka, która przetrwa, może zmienić się w teorię.2

Gatunek terminu ważności

Publicystyka ma zwykle wdrukowaną datę przydatności, i to jest jej najbardziej uczciwa cecha. Pisze się ją w „teraz”, dla „teraz”, z poczuciem, że za tydzień nikt nie będzie pamiętał, o co poszło. Tekst, który kiedyś był argumentem w żywej awanturze lub debacie, dziś bywa eksponatem. Mam na blogu eseje sprzed lat i czytam je trochę jak listy od kogoś, kto uparcie twierdzi, że jest mną.

Konfiskata za zgodą użytkownika

Wróćmy do podwójnego dna (łacińskiego). Publicystyka żyła na granicy prywatnego i publicznego: brała jakieś przeczucie, jakiś prywatny dyskomfort, i wyprowadzała go na „rynek”, żeby sprawdzić, czy to tylko osobnicza przypadłość, czy już zjawisko. Ta granica była paliwem publicystyki.

Byung-Chul Han opisuje społeczeństwo przejrzystości, w którym wszystko ma być widoczne, bo to, co niewidoczne, budzi podejrzenia.3 Społeczeństwo przejrzystości na naszych oczach staje się społeczeństwem wypalenia i społeczeństwem zmęczenia. Guy Debord mówił o spektaklu, który pożera relacje społeczne i oddaje je w postaci obrazów.4 Jeśli któraś z tych diagnoz jest choć w połowie trafna, to publicystyka znalazła się w dziwnej sytuacji. Skoro każdy dzień wystawiamy dobrowolnie na pastwę ekspozycji, w ramach regulaminu (patrz punkt 14, drobnym drukiem), to czego ona jeszcze ma bronić i przed kim?

Konfiskata prywatności dokonała się w cieniu milczącej większości, po masowym kliknięciu w „akceptuję”. Współcześni troglodyci żywią się tekstem tworzonym pod algorytm, a algorytm, jak wiadomo, nie czyta. Na miejscu publicystyki wyrósł jej bezosobowy bliźniak: content. Treść, która do nikogo nie zwraca się po imieniu. Publicysta zwykle miał adresata, nawet jeśli tylko po to, żeby się z nim pokłócić. Content ma „grupę docelową”, czyli coś, w co da się trafić.

Przeciąg

Co więc zostaje? Proponuję roboczą definicję: publicystyka to wystawianie myśli na przeciąg. Przeciąg to to, co zachodzi, kiedy otwierasz drzwi i okna. Coś przepływa, coś trzaska, ktoś kicha. Myśl, która nie zniesie przeciągu, powinna zostać w szufladzie jako notatka. Myśl, która go zniesie, zamienia się w tekst. A ta, która z przeciągu wychodzi cała i jeszcze ktoś ją po latach przypomni, ma szansę być literaturą. Jeśli publicystyka ma przyszłość, leży ona w odwadze otwierania drzwi, nawet gdy w domu panuje klimatyzacja lajków i wszyscy preferują gwarantowane 21 stopni.

  1. Roland Barthes, Mitologie, przeł. A. Dziadek, Aletheia, Warszawa 2000 (1957). ↩︎
  2. Zdanie z gatunku tych, które brzmią jak aforyzm, dopóki ktoś nie zapyta o źródło. Źródłem jestem ja. ↩︎
  3. Byung-Chul Han, Społeczeństwo zmęczenia i inne eseje, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2022. ↩︎
  4. Guy Debord, Społeczeństwo spektaklu oraz rozważania o społeczeństwie spektaklu (La Société du spectacle + Commentaires sur la société du spectacle), przeł. Mateusz Kwaterko, Warszawa 2006 (1967 + 1988). ↩︎
Klikając w nazwę kategorii możesz sprawdzić inne artykuły, które do niej należą:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj